Albo ja albo Antek. Reszta była w domu więc oni chyba nie przynieśli.
Trzy dni czułam się tak jak przy zwykłym przeziębieniu, trochę gardło, trochę głowa, trochę dreszcze, ale zero temperatury, zero kaszlu czy duszności. W piątek 23 października rano wstałam do szkoły, zrobiłam sobie kawę i śniadanko, a tu zero smaku i węchu. Jak nic Covid.
Już nie poszłam do szkoły, tylko teleporada i skierowanie na test. Siedziałam w samochodzie czekając na niego 4,5 godziny. Po powrocie domu i kolejny dzień czułam się w miarę dobrze. Zaczęło się w niedzielę... słabość, niemoc, brak sił... i ta temperatura. Początkowo w granicach 38,6/38,6, ale później już dochodziło do 39. W poniedziałek po południu dopiero miałam wynik... wiadomo był pozytywny. I tak sobie przeleżałam w tej temperaturze do czwartku. Kaszel też miałam, zwłaszcza przy mówieniu. Od piątku 30 października już temperatury nie miałam. Zaczął pomalutku wracać smak i węch. Został kaszel i brak takiego pełnego oddechu. Izolację miałam do 3 listopada, ale poprosiłam panią doktor o przedłużenie do 6 listopada. Później mieliśmy tylko dwa dni zdalnego i pięć dni wolnego w okolicach Dnia Niepodległości. Nie opłacało mi się więcej brać wolnego. Te dwa dni dałam radę, a później odpoczywałam. To był piękny czas. A ile książek przeczytałam ... O tym innym razem, bo też mam w tym temacie tutaj zaległości.
Dzisiaj wtorek i od niedzieli już mamy Adwent ... już pierwsza niedziela za nami. Pomału myślimy o świętach, ale bardzo pomału. Bez szału.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz